Strach. Panika. Histeria. Przerażenie. Niepokój. Obawa.
Groza. Płacz. Krzyk. Ból. Cierpienie. Tylko tyle. Nic więcej. Zawsze gdy
ciemno. Zawsze ze mną. Tulą mnie do snu. Nie chcą mnie zostawić, nie pozwalają
mi być samej. Sprawiają, że boję się zasnąć każdej nocy.
Obudziłam się zaczerpując gwałtownie powietrza. Szybko
rozejrzałam się po ciemnym pomieszczeniu upewniając się, że te złe rzeczy
odeszły. Mogłam odetchnąć z ulgą. Oparłam głowę o poduszkę i przymknęłam oczy.
Oddychałam jak po przebiegnięciu maratonu.
Przetrwałam kolejną noc. Mam spokój aż do następnego snu. Po
chwili włączyłam lampę stojącą obok kanapy, na której śpię i wyciągnęłam zeszyt
z półki. Wzięłam długopis i zaczęłam pisać. Pisałam, aż do momentu, w którym
moje natchnienie całkowicie nie uleciało. Tym sposobem stworzyłam kolejne
piosenki.
-Szkoda, że nikt ich nigdy nie usłyszy – powiedziałam sama
do siebie z nutą smutku.
Nawet nie zorientowałam się, kiedy na dworze zrobiło się
jasno.
-Ade rusz tyłek – usłyszałam z sąsiedniego pokoju Violet.
Violet moja kochana, starsza siostra. To ona sprowadziła
mnie do Londynu. Chyba nigdy jej się za to nie odwdzięczę.
Wstałam i narzuciłam na siebie sweter. Rano było mi
stanowczo za zimno. Lubiłam chłodne temperatury, ale nie aż tak.
-Mogłybyśmy coś zrobić z ogrzewaniem – teatralnie okryłam
się bardziej.
-Wiem, ale nie mam serca wspomnieć o tym Bradowi. I tak
poszedł nam na rękę z czynszem.
-To nie znaczy, że musimy zamarznąć.
-Inni mają podobnie, Ade – założyła ręce na piersi.
-Wątpię, że aż tak.
-Zawsze możesz sama z nim pogadać.
Tu mnie miała. Zawsze byłam mocna, jeżeli chodzi o
doradzenie innym, sama niekoniecznie potrafiłabym się zachować. No chyba, że
byłam zdenerwowana. Wtedy dostawałam zastrzyku odwagi.
-Przemyślę to – powiedziałam niewyraźnie i podążyłam do
ekspresu z kawą.
-Znowu kawa? – zmrużyła oczy. – Wiesz, że to nie zdrowe.
-Nie wyspałam się, a nie chcę paść z samego rana.
Uśmiechnęłam się do niej, jednak ona tego nie odwzajemniła.
Przyglądała mi się z troską w oczach. Znowu miała jeden z tych matczynych
momentów.
-Ostatnio ciągle się nie wysypiasz. Może powinnaś iść do
lekarza?
-I z czego mu zapłacę?
-Coś by się zorganizowało.
-Zaciągnęłabyś tylko nie potrzebny dług – upiłam trochę
kawy.
Gorzki napój trochę mnie otrzeźwił. Czułam jak mój umysł
budzi się do pracy.
-Mówię poważnie. Może to objaw choroby – zaniepokoiła się.
-Nie martw się, wszystko będzie dobrze – pocałowałam ją w
policzek.
Zostawiłam ją i poszłam się przebrać do swojego pokoju. Cóż,
nie do końca był to pokój. To było bardzo małe pomieszczenie, kiedyś służące
jako schowek. W suficie była dziura, o którą opierała się drabina. Przejście na
strych. Gdy Brad dowiedział się, że maluję bez problemu mi go oddał.
-I tak niczego tam nie trzymam, a ludzi nie mogę tam
ulokować – powiedział, gdy się wprowadzałam.
Od tego momentu trzymam tam większość swoich prac. Kilka z
nich wczoraj zniosłam na dół, a teraz leżą w ogromnej czarnej teczce.
Mam nadzieję, że tym razem się uda – pomyślałam.
Szybko się przebrałam i wyszłam z domu. Schodząc po schodach
słyszałam kłótnie naszych sąsiadów Rossa i Christiny.
Ciekawe, kto tym razem dopuścił się rzekomej zdrady?
Nigdy nie chciałabym być w takim związku, to ograniczające.
Być na czyjąś wyłączność jak ptak w klatce. Człowiek może się w czymś takim
tylko dusić, a nie być szczęśliwym.
*
Jechałam metrem na rozmowę o pracę. Nie ukrywam, bardzo się
denerwowałam. Długo się nie zastanawiając wykręciłam numer do Elisabeth.
-Tak? – odebrała po pierwszym sygnale.
Uśmiechnęłam się w duchu. Nawet tak wcześnie odbiera moje
telefony.
-Ade jeżeli dzwonisz tylko po to, by mnie usłyszeć to już
jesteś martwa – warknęła.
-Jeszcze spałaś?
-Może mój głos na, to nie wskazuje, ale tak. Spałam…Cholera!
Jedziesz właśnie na rozmowę, tak?
Pewnie spojrzała na zegarek. Wyobrażałam sobie jak bardzo
komiczną minę musiała mieć w tej chwili.
-Tak, Lis. Wyobraź sobie, że inaczej bym nie dzwoniła –
droczyłam się z nią.
-Denerwujesz się?
-I to jak – przyznałam.
-Na pewno dostaniesz tą pracę. Twoje prace są świetne!
-Szkoda, że nikt inny tak nie uważa.
-Oprócz mnie jest jeszcze Brad, Violet i Hailey. Poza tym
jestem pewna, że gdybyś tylko zechciała pokazać te rysunki komuś więcej, już
dawno wystawiliby je w jakiejś galerii.
-Zwłaszcza, że odrzucili mnie już w czterech poprzednich
miejscach – posmutniałam.
-Ludzie mają różny gust i zanim cokolwiek powiesz, nie. To
nie jest tak, że my nie mamy gustu.
-Jak zawsze wiesz jak pocieszyć.
-Polecam się na przyszłość. Teraz mogę iść spać? – ziewnęła.
-Jasne. Miłego spania.
-Dzięki. Trzymaj się, Ade. Zobaczysz, ten dzień będzie
świetny!
Rozłączyłam się i w napięciu rozmyślałam nad tym, co dzisiaj
się zdarzy. Ta praca mogłaby wszystko zmienić. Nie musiałabym żerować na
Violet, mogłabym jej pomóc.
Kiedy kobiecy głos oznajmił, że jesteśmy w dzielnicy
Shoreditch wysiadłam.
Gdy tylko wyszłam ze stacji metra i znalazłam się na
otwartym powietrzu poczułam się niesamowicie. Wszędzie była sztuka. Miało się
wrażenie, że przedostała się nawet do powietrza wypełniając człowieka od
początku do końca inspiracją. Spojrzałam na adres zapisany na kartce i
zadecydowałam, że najszybciej będzie jeśli pójdę przez wąską uliczkę pełną
handlarzy. Było tu bardzo kolorowo i nie mogłam się powstrzymać przed
przystaniem przy prawie każdym stoisku. W pewnym momencie minęłam kobietę,
która wyglądała jak typowa wróżka.
-Chodź tu młoda dziewczyno, poznaj swą przyszłość.
-Dziękuję, ale nie wierzę w takie rzeczy – uśmiechnęłam się.
-Całkowicie za darmo – zapewniła mnie kobieta.
-Ostatecznie – powiedziałam po dłuższej chwili.
Podałam jej dłoń, a ona przez dłuższą chwilę wpatrywała się
w nią wręcz z śmiesznym uporem. W końcu powiedziała:
-Twoje życie ulegnie dzisiaj całkowitej zmianie.
-Naprawdę? – zaciekawiłam się.
Niby nie wierzę w takie rzeczy, jednak siła sugestii jest
bardzo mocna.
-Jestem pewna – pokiwała głową.
-Dziękuję – ścisnęłam jej dłoń i ruszyłam dalej.
Kobieta sprawiała wrażenie jakby chciała coś jeszcze
powiedzieć, ale pomachała mi tylko ręką na pożegnanie i tyle ją widziałam.
*
Z nerwów miałam ochotę obgryzać paznokcie, jednak stałam
opanowana. Modliłam się w duchu, żeby moje prace im się spodobały. W końcu
mężczyzna, który mnie rekrutował podniósł głowę znad moich prac.
-Pani prace są bardzo ciekawe, muszę przyznać.
To chyba dobry znak.
-Jednak to nie to czego szukamy, a przynajmniej nie na tą
chwilę.
I wszystko się zawaliło. Kolejna porażka, może bycie
artystką nie jest mi pisane.
-Jednak zostawimy pani dane kontaktowe na wszelki wypadek.
Szybko zebrałam swoje prace i wyszłam. Do oczu cisnęły mi
się łzy. Jestem strasznym nieudacznikiem.
Postanowiłam zadzwonić do cioci Eve. Zawsze wiedziała jak do
mnie dotrzeć, może uda jej się jakoś poprawić mój okropny nastrój.
-Adrienne kochanie! Jak rozmowa? – jej pogodny głos
przywoływał na myśl domowe ciepło, którego doznałam mieszkając z nią w Cashel.
-Dziecko, ty płaczesz? – jej ton od razu uległ zmianie.
-Ciociu…znowu zawaliłam.
-Nie przejmuj się. Jak nie ci, to następni.
-To już była piąta rozmowa. Nikt nie chce mnie zatrudnić.
-Nie możesz się poddawać. Pamiętaj, kobiety z naszej rodziny
są silne. Zanim znalazłam pracę odrzucili mnie dwadzieścia razy, pamiętasz? Ale
w końcu mi się udało. Tobie też się uda.
-Oby. Wiesz ciociu zadzwonię, gdy wrócę do domu. Muszę
zdążyć na pociąg.
Tak naprawdę nie chciałam żeby się martwiła. Nie potrzebnie
do niej dzwoniłam. Zawsze coś robię, a dopiero później myślę, że to było
głupie.
Wracałam tą samą drogą, którą przyszłam i znowu spotkałam
tamtą kobietę.
-Witaj ponownie, dziecko – uśmiechnęła się.
-Nie miała pani racji. Nic się nie zmieniło, nadal jest tak
jak było.
-Dzień się dopiero zaczął. Skąd możesz wiedzieć, co na
ciebie czeka za rogiem?
-Metro – powiedziałam cierpko.
-Może tam wszystko się zmieni, a może nie. Kto to wie, życie
jest pełne niespodzianek. Wszystko się zmieni nagle, nie będziesz na to
przygotowana.
Zignorowałam kobietę i bez zatrzymywania ruszyłam do metra.
*
Opowiedziałam o wszystkim Violet, gdy tylko wróciła ze
swojej zmiany w kawiarni do domu. Od razu mnie przytuliła mówiąc, że wszystko
będzie dobrze. Jednak wiedziałam, że dla niej jest to tak samo bolesne jak dla
mnie. Brak pracy oznacza brak pieniędzy, a to jest nam potrzebne jeśli chcemy
ułożyć sobie jakoś życie.
-Wiesz, co? Zabieram cię do baru! Obie musimy się
zrelaksować i zapomnieć o problemach – przekonywała mnie.
Zgodziłam się od razu. Minęło sporo czasu, od kiedy ostatnio
byłam się gdzieś zabawić, a lubiłam zabawę.
Wieczorem siedzieliśmy w pobliskim barze wraz z Christiną,
Elisabeth i Hailey.
-Idą drinki! – zawołała Lis niosąc sporą ilość alkoholu.
-Chcecie mnie upić? – zaczęłam się śmiać.
-Potrzebujesz rozweselacza – rzuciła ze śmiechem Christina.
-Otóż to Chrissy! – przytaknęła Hailey.
Piłyśmy, śmiałyśmy się. Wszystko było idealnie. Świat zrobił
się bardziej kolorowy, a rysy ludzi mniej wyraźne i nagle wszystkie zmysły się
wyostrzyły, powracając do normalnego stanu. Wszystko za sprawą blondyna, który
przechodził koło małej sceny.
-Ade, co z tobą? – Lis machała mi ręką przed twarzą.
-Znacie go? – spytałam po dłuższej chwili, wskazując ruchem
głowy na chłopaka.
Chrissy, Lis i Violet zaprzeczyły.
-Ja znam – odezwała się Hailey.
-Kto to? – spytałam z ożywieniem.
-Nazywa się Niall Horan. Uważaj na niego.






